2012/05/02

middle

Samotność mnie pustoszy, towarzystwo mnie męczy.
- Fernando Pessoa, Księga Niepokoju

Codziennie w środku nocy jest mój najgorszy dzień. Zasypiam przy otwartym oknie, kiedy szum wiatru nie wkrada się nawet pomiędzy liście drzew, źdźbła traw. Wciąż mówię o ciemności i o tych kilku godzinach przed porankiem, kiedy nie sposób dostrzec swojej wyciągniętej dłoni poprzez triumf mroku. Wtóruję bowiem temu triumfowi, zaciskam w wyszczuplałych palcach, pochwycam, bo po niedługiej chwili pozwolić sączyć mu się niestrudzenie ku blaskom świtu. Nie chcę innych dni niż te, kiedy rozwiewam ciepło rześkim powietrzem, kiedy napinają się wyczerpane gonitwą dnia mięśnie, a wzrok wyostrza się jak u wystraszonego zwierza. Czujne spojrzenie obraca we wspomnienie każdą odrobinę zmroku, malując w nim, jak na ekranie starego projektora, zamazane obrazy. Na tych obrazach dużo się uśmiecham. Uśmiecham się, gdy nagle pustoszeje mój pokój. Zostaję sama. Z dwoma kubkami, dwoma poduszkami, z dwoma śladami po ubłoconych butach na podłodze.

To nie do końca nieme kino. Dokładnie słyszę szelest czarnej kurtki, kiedy wieszam ją na drewnianym wieszaku lub dźwięk wykładanego na stół myśliwskiego noża. Skrzypienie wiklinowego fotela, kiedy osuwa się w nim zmęczone ciało niestrudzonego przybysza. Ciche, niefortunne szepty rzeczy martwych, które nawet za dnia przypominają swoją istotą o czyjejś nieobecności.
Każdej nocy nasłuchuję kroków w korytarzu. Ale one nie nadchodzą.




A w serce moje wstąpił wiatr
I tam on zamieszkał i szumi.
- Edward Stachura