Jest już dawno po północy. Słyszę wiatr, który szuka schronienia wśród gałęzi drzew. Towarzyszy mi jakaś nieopisana pustka, której nie potrafi zapełnić muzyka, ani gorące kakao. Gaszę światło i kładę głowę na poduszce, by za chwilę wyciągnąć dłoń i przesunąć palcami po nierównych kształtach naniesionych na płótno farb. Nieomal wyczuwam barwy, lekkość czerwieni układającej się w powabną suknię, gładki i delikatny beż otulający małe dłonie kilkuletniej dziewczynki, nieposkromiona czerń wpleciona niesfornie w końską grzywę. Jakaś nieopisana tęsknota towarzyszy tym ścieżkom, wyczuwam ślady palców człowieka, który dotykał je w akcie podziwu, badając każdą grudkę koloru.
Budzę się czasem w nocy, szukam tego dotyku, nieopisanego ciepła, który wypełnia wnętrze kojącym spokojem. Nie odnajduję go.
A potem wstaję z łóżka, pozostawiam rozrzuconą pościel w kwiaty i włożywszy ulubiony, wełniany sweter, z kubkiem zimnego mleka wychodzę na ganek. Siadam na schodku i wsłuchuję się w noc. Latem grają świerszcze. Cicho, niespiesznie, kojąco. Rankiem milkną, ale wracają. Zawsze.
Wracają...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz